Blog

2020-12-01T09:00+01:00

Dziś, jutro, pojutrze - co dla mobilności miejskiej szykuje przyszłość?

Miasto nadal wielu ludziom kojarzy się z betonowym, zakorkowanym molochem, pełnym spalin i duszących dymów. Tymczasem od kilku lat jesteśmy świadkami rewolucji, która w ciągu najbliższej dekady całkowicie przeobrazi tereny zurbanizowane. Minie jeszcze dużo czasu zanim z czystym sumieniem będziemy mogli nazwać się mieszkańcami miast przyszłości, lecz już teraz na naszych oczach dokonują się - być może najważniejsze od dziesięcioleci - ogromne zmiany.

Na przełomie 2015 i 2016 roku ONZ ratyfikowało dokumenty, które określiły cele światowej polityki miejskiej na następne lata. Nowa Miejska Agenda (2016) i Agenda dla Zrównoważonego Rozwoju (2015) kreują wizję miasta zielonego, ekologicznego i wolnego od spalin, gdzie mieszkaniec zamiast prywatnym samochodem podróżuje transportem multimodalnym, na pierwszym miejscu stawia się lokalne społeczności, a miejsca parkingowe zastąpione są przez obszary zielone i place zabaw – miasta, które dzięki technologii smart city analizuje i wykorzystuje ogromne ilości zgromadzonych danych, aby stale usprawniać jego funkcjonowanie.

Naocznym przykładem skutecznego wykorzystania tej polityki są m.in. takie miasta jak Oslo, Helsinki, czy Singapur. Realizowany w stolicy Norwegii „Car Free Livability Programme” ma na celu – jak mówią jego twórcy – „oddanie ulic ludziom”. Większość centrum miasta została przekształcona w strefę dla pieszych, a z ulic zniknęły publiczne parkingi. Zwolnione w ten sposób miejsce szybko zostało zagospodarowane przez władze i mieszkańców – na ulicach pojawiły się stoliki, stragany, happeningi, street art, place zabaw i kwiaty. Życie w centrum, które wiele lat temu zostało wypchnięte przez samochody i spaliny, odrodziło się. Dzięki ograniczeniu ilości pojazdów Oslo w 2019 roku nie odnotowało ani jednego śmiertelnego potrącenia w mieście. Władze planują w ciągu następnych dziesięciu lat ograniczyć emisję gazów cieplarnianych o 95% oraz ruch samochodowy o 33%. Ponadto kontynuują politykę zrównoważonego, ekologicznego miasta dla ludzi, co zaowocowało w 2019 roku przyznaniem Oslo tytułu Zielonej Stolicy Europy. Informacje z innych miast także napawają optymizmem – mniej niż 10% mieszkańców Paryża używa samochodów, ponad 40% podróży w Kopenhadze, Amsterdamie i Wiedniu odbywa się rowerem, lub pieszo, a Helsinki w ciągu następnych kilku lat zamierzają zupełnie pozbyć się prywatnych aut na rzecz transportu multimodalnego, który połączy wszystkie środki transportu współdzielonego w jeden organizm.

Takie miasta nadal są raczej pojedynczymi punktami na mapie świata, niż czymś powszechnym. Większość terenów miejskich wciąż boryka się z tymi samymi problemami, a zmiany – mimo aktywnej postawy władz – postępują powoli. Jedną z największych bolączek dzisiejszych miast jest ogromna ilość prywatnych samochodów, które negatywnie wpływają na szereg czynników. Po pierwsze, auta spalinowe emitują do powietrza ogromne ilości trujących substancji – szacuje się, że w samym tylko 2015 roku z powodu spalin zmarło około 385 000 osób. Drugim oczywistym problemem są korki – mieszkaniec Moskwy rocznie spędza w ulicznym tłoku około 9 dni. Oprócz niszczenia zdrowia i marnowania czasu, samochody zawładnęły także naszymi miastami. Przykład wspominanego wcześniej Oslo pokazuje jak tereny miejskie mogą odżyć, gdy odda się je pieszym, rowerzystom i lokalnym społecznościom.

W USA, gdzie dominuje „kultura samochodowa” istnieją około 2 miliardy miejsc parkingowych, czyli 8 razy więcej niż Amerykanie posiadają aut.

W Seattle 40% powierzchni miasta zajmują parkingi. Zredukowanie tej liczby - idąc za przykładem stolicy Norwegii - nie dość, że zmniejszyłoby uliczny tłok, to także umożliwiłoby radykalną metamorfozę terenów miejskich. Dotychczas zajmowana przez parkingi przestrzeń mogłaby być wykorzystana do poszerzenia chodników, stworzenia szerokich ścieżek rowerowych i bulwarów, placów, czy parków – słowem, do polepszenia jakości życia mieszkańców miasta. Według statystyk prywatne samochody przez 95% czasu nie są używane, a gdy już ktoś nimi jeździ to najczęściej jedna osoba na pojazd, co tylko przyczynia się do wyżej wspomnianych korków. Przekonanie kierowców, aby dobrowolnie odeszli od własnych aut na rzecz transportu współdzielonego, spacerów i komunikacji miejskiej jest być może największą przeszkodą. Wymagać to będzie zmiany zakorzenionego czasami od kilkudziesięciu lat sposobu myślenia, jak i aktywnego wsparcia ze strony władz i dużych korporacji – proces ten, obecnie dodatkowo spowolniony przez epidemię Koronawirusa, będzie trwał jeszcze latami.

Swego czasu firmy ride-hailingowe zapowiadały, że dzięki ich usługom dokona się mała rewolucja w transporcie miejskim. Ówczesny CEO Uber Technologies Travis Kalanick posunął się nawet do stwierdzenia, że „gdyby każdy samochód w San Francisco był Uberem, to w mieście nie byłoby w ogóle korków”. Technologia przyszłości miała pozwolić czterem nieznajomym na współdzielone podróże jednym pojazdem i zachęcić mieszkańców miast do spacerów, używania komunikacji miejskiej i pojazdów na minuty. Kilka lat później rzeczywistość zweryfikowała słowa Kalanick’a – według tegorocznych badań ride-hailing nie tylko nie zmniejsza tłoku na ulicach, lecz nawet go potęguje. Szacuje się, że w San Francisco około 60% spowolnień w ruchu jest spowodowane przez aplikacje takie jak Uber i Lyft. Zdjęcia z ulic amerykańskich miast pokazują sznury samochodów oklejonych logami powyższych firm, które jeden za drugim stoją w ogromnych korkach, nie przewożąc nawet klientów.

Ta sytuacja pokazuje pewien chaos na rynku mobilności współdzielonej. Tysiące platform o podobnej funkcjonalności konkurują ze sobą o tego samego klienta, zamiast ze sobą współpracować. Duże firmy mające znaczny udział w rynku ani myślą wspólnie działać z mniejszymi, by poprawić sytuację w miastach. Nad tym nieładem próbują zapanować platformy MaaS (mobility-as-a-service) takie jak Vooom czy Jelbi, które we współpracy z władzami miast stawiają na pełną integrację wszystkich środków transportu współdzielonego i komunikacji publicznej, tak by stworzyć z nich jeden wydajny organizm. Kluczem do sukcesu jest tutaj poczucie wspólnej misji i chęć współpracy, oraz kooperacja między operatorami prywatnymi, a sektorem publicznym.

Jak będzie wyglądać niedaleka przyszłość miast? Już teraz wiemy, że na pewno zabraknie w niej samochodów spalinowych i diesli. Wielka Brytania zamierza przestać sprzedawać pojazdy tego typu już za 10 lat, a z czasem będą dołączać do niej inne państwa. Choć samochody elektryczne stanowiły w tamtym roku zaledwie 2,6% całego rynku sprzedaży, to ta liczba będzie stopniowo rosnąć, dzięki aktywnemu zaangażowaniu państw oraz zmieniającej się perspektywie obywateli. We flotach platform carsharingowych i ride-hailingowych z czasem pojawią się ekologiczne samochody autonomiczne, choć to raczej odległa perspektywa. W przyszłości kluczową rolę w poruszaniu się po mieście mają odgrywać platformy MaaS i transport multimodalny. Granica między operatorem prywatnym, a publicznym zatrze się - oba sektory połączą się w jeden harmonijny organizm, który dzięki ogromnym ilościom danych i statystyk zbieranych z kamer miejskich, czujników, pojazdów podłączonych do sieci, zapewni miastu optymalne funkcjonowanie.

Postępująca urbanizacja i coraz większa liczba mieszkańców miast z pewnością spowoduje nowe wyzwania. Jedną z koncepcji miast przyszłości jest tzw. „soft city”, które ma być przeciwieństwem dystopijnych metropolii znanych nam z filmów science fiction. David Sim z firmy Gehl mówi, że model ten traktuje miasto jako skupisko mieszkańców i relacji międzyludzkich, zamiast jako zbiór imponujących i nowoczesnych budynków. Na tym właśnie skupia się idea „soft city” – metropolie mają pielęgnować relacje i zachęcać do zawiązywania się nowych, lokalnych społeczności, a plan miasta zamiast wznosić granice – obalać je. Infrastruktura wznoszona jest tak, by wszystkie niezbędne sklepy i usługi znajdowały się w zasięgu krótkiego spaceru, a budynki mieściły jak najwięcej miejsc, które sprzyjają zawiązywaniu się relacji – przykładem podanym przez Sima jest Spektrum Building w Gothenburgu mieszczący restauracje, sklepy, kręgielnię, przestrzeń biznesową oraz szkołę. Sim mówi, że model soft city nie wymaga znacznych nakładów finansowych, ani skomplikowanej technologii, dzięki czemu mógłby zostać urzeczywistniony w praktycznie każdym mieście świata.

Trwająca od prawie roku pandemia znacznie spowolniła - ogromnie dynamiczne dotychczas - postępy branży mobility. Według wszelkich analiz sytuacja ta jest tymczasowa i nie powstrzyma zbytnio procesu dynamicznego ewoluowania i rozrastania się rynku mobilności. Mówi się, że w szerszej perspektywie pandemia jest tylko „małym wybojem na drodze” dla branży, a wszelkie analizy, raporty i dotychczasowa dynamika każą nam z optymizmem patrzeć w przyszłość. Mała rewolucja w sposobie poruszania się po mieście dokonuje się na naszych oczach.

Ostatnie wpisy